Tegoroczna szopka w archikatedrze uderza swoją prostotą. Na posadzce, bez zbędnych kolorów i dekoracji, prosta i skromna postać Maryi, trzymającej Jezusa – figura kobiety, matki, trzymającej w rękach nowe życie. Dookoła siano, prostota, ubóstwo.  

W czasie trwającej pandemii, gdy musimy zostawić to, czym na co dzień się otaczaliśmy, powinno zostać to, co najważniejsze. Nie kolorowe lampki, nie złote dekoracje, nie stosy prezentów – tego w naszej szopce nie ma. Tak, nie ma nawet lampek. Prostota. Aby w te, zupełnie inne, wyjątkowe święta, skupić się na tym, co najważniejsze.
 

Zobaczyć w tym wszystkim co nas otacza Jezusa, i przyjąć Go – oto tajemnica Bożego Narodzenia. 

Nie wystarczy Go spotkać, nie wystarczy wyznać prawdę, iż narodził się w Betlejem. Trzeba Go wziąć i iść z Nim w świat, który traci światło, pogrążony w ciemności traci nadzieję, nie może znaleźć sensu. 
Na nowo przyjąć Jezusa, wziąć Go na swoje ręce…
 
Gdy przyjrzymy się tegorocznej figurze w żłóbku, z łatwością dostrzeżemy, że Maryja trzyma Jezusa, ale nie zatrzymuje Go dla siebie. jakby podaje go nam, widzom, adorującym tę tajemnicę. Gest tak prosty, codzienny, gest młodej Mamy, która chce podzielić się swoją radością – nowym życiem w jej rodzinie. Bo czy jest większa radość, niż radość młodej Matki? 
Dzieciątko jakby zobaczyło zbliżającego się widza, z uśmiechem noworodka wyciąga ręce – bo dzieci są niezwykle ufne – wyciąga ręce, jak tysiące maluszków na całym świecie… W tym prostym geście mówi – weź mnie na ręce. 
 
Cała dekoracja skupia się właśnie na tym momencie – na decyzji widza. Przyjąć Dzieciątko czy odejść z pustymi rękami? 
Przyjąć Jezusa i to wszystko, czego nauczał, aż do Krzyża i Zmartwychwstania, czy odejść od Ewangelii?
 
Wydaje się że stajemy w takim punkcie. Protestujący przeciw życiu świętują Boże Narodzenie, opłatki z piorunem, bannery reklamowe z choinką z piorunów. Liczy się rozgłos, szum, mącenie, półprawdy i fakenewsy. Walka o prawo do zabijania, kpina z wartości Ewangelii i życia. 
 
A tak naprawdę chodzi o to jedno proste pytanie… Odejść z pustymi rękami, odrzucić Boga, czy przeciwnie, wybrać Jezusa, przyjąć Go, ale nie tylko na święta, nie na chwilę, a na zawsze! 
 
W tle znajduje się reprodukcja obrazu weneckiego malarza, Francesco Bassano – Pokłon pasterzy – obraz z 1575 roku. Ze zbiorów Muzeum Archidiecezji Warszawskiej. 
Co w tym obrazie porusza?
 
Obraz to jeden z pierwszych nokturnów w sztuce europejskiej. Widać kilka źródeł światła – w blasku są postaci Świętej Rodziny i pasterzy. Blask wybija spomiędzy chmur, przy aniołkach, blask świecy w rękach mężczyzny wchodzącego do domu, i wschód słońca, daleko, za horyzontem. 
 
Najbardziej porusza mnie ten wschód. „On jest z wysoka wschodzącym słońcem”. Rodzi się w nocy – Herod szaleje, na świecie niepokój, u nas też dziś Noc. Ale On przynosi światło, on wlewa w serca nadzieję. Rozjaśnia wszelkie mroki. 
 
Na dachu przysiadł gołąbek, to także symbol nadziei, pokoju, świętości, niewinności. 
U stóp jednego z pasterzy leży baranek. To symbol, zapowiedź śmierci Chrystusa – On się na to narodził, by być Barankiem, który zgładzi grzechy świata. 
 
Mężczyzna niesie świecę do ciemnego domu. To może każdy z nas, który do swojego świata, pełnego ciemności, niewiary, grzechu, może wnieść światło nadziei – przyjąć Chrystusa i Jego naukę?
 

Prostota. Pokora. Tylko tak można przyjąć Jezusa. Pokornie przyznając, że my słabi, mizerni, grzeszni i w ciemności. Właśnie takich nawiedził Bóg, stając się człowiekiem. Właśnie do takiego człowieka chce przyjść Jezus, wyciąga ręce, nie cofa ich. Wie jaki jesteś słaby, ale to nic. Tylko miłość się liczy. 

Je­śli mi­łość naj­więk­sza w pro­sto­cie,
a pra­gnie­nie naj­prost­sze w tę­sk­no­cie.
więc nie dziw, że pra­gnął Bóg,
aby naj­pro­st­si Go przy­ję­li,
ci, któ­rzy du­szę mają z bie­li,
a dla mi­ło­ści swej nie zna­ją słów.

(K. Wojtyła, Pieśń o słońcu niewyczerpanym, 7)